Jest takie miejsce pomiędzy Wolą Wyżną i Rudawką Jaśliską, które z dawien dawna zwie się Pomirkami. Starzy lidzie powiadali, że w nie tak odległych czasach, kiedy Galicję co raz nawiedzały klęski głodu w to właśnie miejsce wyprowadzano niezdatnych już do roboty w polu czy zagrodzie starców tak mężczyzn jak i kobiety, i tam zostawiano żeby przez noc na mrozie umarli. Działo się to przeważnie na przednówku, a ten w zależności od ubiegło rocznych zbiorów zaczynał się czasami już w marcu. Na miejscu pojono ich gorzałką niemal do nieprzytomności, potem przywiązywano do drzewa i domownicy wracali do domu, a ofiara czy to ich ojciec czy też matka, albo jaki krewny, zostawała. Rano przyjeżdżali furą zaprzężoną w woły i zabierali nieboszczyka do domu, żeby mu sprawić jak należy pogrzeb. Oczywiście wszyscy udawali, że nieboszczyk zmarł śmiercią naturalną i takąż przyczynę podawano, gdy pop wpisywał go do cerkiewnej Liber mortorum, czyli księgi zgonów. Tu ludzie uprawiali przede wszystkim owies, orkisz, kartofle i kapustę. Z lata mieli trochę sera owczego, suszone jabłka, śliwki i grzyby i inne z darów natury, jak orzechy laskowe i co tam jeszcze w lesie udało się zebrać. W 1813 roku lato było mokre i wszystko, co było na polu, niemal doszczętnie wygniło. W 1827 roku posucha była taka, że zboże zanim zdążyło dojrzeć, zwiędło. Dwa kolejne mokre lata nastąpiły w 1844 i 1845 roku. Podobno przednówek po nich był tak straszny, że najstarsi takiego nie pamiętali. Ludzie przejedli wszystkie zapasy zboża a potem żywiono się lebiodą i gorczycą. Na dodatek trafił się jeszcze pomór na owce i zaraza na bydło. Rok 1847 był już kolejnym w górach rokiem nieurodzaju i chyba najbardziej głodnym w dziewiętnastym stuleciu. Zboża zebrano niewiele, bo niewiele z poprzedniego roku ostało się go do posiania. Kartofle obrodziły wyjątkowo marnie, bo rzuciła się na nie zaraza ziemniaczana. A potem jesień nastała tak mokra, że reszta ich prawie zgniła na polu. Po całym dniu przegarniania rządków można było uzbierać tyle, że bez trudu na własnym grzbiecie przynosiło się pod wieczór do domu.

Głód zaczął ludziom doskwierać już na jesieni. Najpierw zaczęły chorować małe dzieci na dyzenterię i tyfus głodowy. Od nich zarażali się dorośli. Kto miał szczęście, ten szybko umarł. Ci co przeżyli, byli coraz bardziej głodni. Wtedy to niemal w środku zimy zaczęto wywozić tych najstarszych na mróz, żeby im ulżyć w śmierci, bo ta i tak niechybnie im z głodu groziła. Nie, nie bronili się, oni doskonale rozumieli, że to jest najlepsze wyjście z tej trudnej sytuacji. Nie chcieli być ciężarem dla swoich rodzin, a w dziady nie było po co iść, bo przecież taki głód nikt dziadowi ani okruszynki chleba nie da. Tam, na tamtym świecie mieli nadzieję najeść się do syta. Pamiętali o tych słowach Chrystusowych koszach pełnych chleba i ryb, o tych konwiach wody przemienionej w wino. A oni przecież szli do niego. Takiemu staremu nie wiele trzeba było gorzałki, żeby się upił. Na głodno to i dwie kwaterki wystarczyło .A potem to to się nic nie czuje. Przywiązywali, żeby po pijanemu gdzieś sobie nie poszedł i jeszcze jakieś krzywdy przed śmiercią nie zrobił i żeby go nazajutrz po lesie nie trzeba było szukać. Ileż to łażenia po tych debrzach by było, a jak potem takiego sztywnego trzeba by do drogi na wóz donieść. Ten co wiązał – syn albo zięć, mówił: - Ojcze, mówił: - Matko…Czy się żegnał, czy przez ściśnięte gardło słowa nie mógł wydobyć? Czy otarł łzę? Czy widział w losie swoje umieranie tu na tych Pomirkach, za lat kilkadziesiąt. Czy w tę noc mogli spokojnie spać, czy też siedzieli, nasłuchując jakichś odgłosów. A może był taki moment, że czyjś ojciec czy matka chcieli uwolnić się z tego powroza, by zejść do wsi i poprosić syna o łaskę jeszcze jednej miski kartofli i przeżycia jeszcze jednego dnia. W 1853 roku ulewy, gradobicia i burze zniszczyły pola i domy w trzydziestu okolicznych wsiach. W lipcu1865 roku padało przez 25 dni. W styczniu 1877 roku huragan od Przełęczy Dukielskiej pozrywał dachy na setkach domów. W lecie 1889 roku przyszła taka susza, że nie było na czym paść owiec, bydła i koni. I po każdym z tych lat na Pomirki szły pokornie po śmierć kolejne pokolenia biedaków.

Andrzej Potocki