czyli czego uczy nas najkrwawsza lekcja osiemnastowiecznego patriotyzmu?
Gdy w lutym 1768 roku w podolskim Barze zawiązywano konfederację, w sercach polskiej szlachty płonął jeden, nadrzędny cel: obrona wolności, wiary i niezawisłości Najjaśniejszej Rzeczypospolitej przed bezwzględnym, carskim dyktatem. Konfederacja Barska przez wielu współczesnych historyków uznawana jest za pierwsze polskie powstanie narodowe, dramatyczny, pełen poświęcenia zryw w obronie ginącej ojczyzny. Jednak wolnościowy zryw Polaków spotkał się z natychmiastową, demoniczną w swojej precyzji odpowiedzią Petersburga. Rosja, nie chcąc rzucać wszystkich swoich oficjalnych sił przeciwko patriotom, podpaliła polskie Kresy od wewnątrz. Tragedia Humania z czerwca 1768 roku to nie tylko krwawa karta naszej martyrologii, ale przede wszystkim przestroga, jak obce imperium potrafi obrócić domowe konflikty przeciwko samej idei niepodległego państwa.
Humań w czerwcu 1768 roku stał się arką przymierza dla wszystkich tych, którzy w wielonarodowej Rzeczypospolitej szukali ratunku przed hordami zrewoltowanego chłopstwa i kozactwa, podburzanego przez rosyjskich agentów. Za murami prywatnej twierdzy Potockich schronili się polscy patrioci, katoliccy zakonnicy, unicki kler oraz tysiące ludności żydowskiej. Wszyscy oni, choć tak różni, stanowili tkankę jednego państwa. I wszyscy zapłacili najwyższą cenę za wierność porządkowi prawnemu Korony. Tragedia dopełniła się przez zdradę. Iwan Gonta, dowódca nadwornych Kozaków, który miał bronić miasta, przeszedł na stronę Maksyma Żeleźniaka. To, co nastąpiło po otwarciu bram, wymyka się ramom cywilizowanego świata.
Męczeństwo humańskie na zawsze wpisało się w etos kresowego patriotyzmu, stając się symbolem samotnej walki cywilizacji łacińskiej wolności z porywem kozackiej nienawiści, wyreżyserowanym na petersburskich salonach, ale wykonanym przez ukraińskich chłopów.
W historii rzadko zdarza się, by suchy bilans demograficzny oddał pełnię grozy wydarzeń tak, jak czyni to intymna, rwana emocjami relacja świadka. Aby pojąć bezmiar humanitarnej katastrofy tamtych czerwcowych dni, musimy oddać głos tym, którzy z głębi piwnic, strychów i kościelnych naw patrzyli w oczy szaleństwu.
W pamiętnikach Pawła Mładanowicza, syna zamordowanego gubernatora Humania, Rafała Mładanowicza, zachował się wstrząsający opis mechanizmu selekcji ofiar. Kryterium tożsamościowe, którym posługiwali się zrewoltowani napastnicy, było prymitywne i bezwzględne: „Kto nie umiał pacierza cerkiewnego, nie umiał po cerkiewnemu żegnać się, nie mógł pić gorzałki ciepłej z miodem nalanej w miskę, za Lacha był osądzony i ginął. Kto prawosławnoho tiła [ciała prawosławnego] nie miał, za Lacha był uznany i ginął”. Ta zwięzła relacja doskonale pokazuje to, co współczesna politologia nazywa inżynierią nienawiści tożsamościowej. Religia katolicka i język polski przestały być sferą sacrum czy codziennej komunikacji, stały się narzędziem bezwzględnego, krwawego sortowania populacji, uruchomionym przez zewnętrzną dezinformację. Równie porażające, niemal turpistyczne świadectwo pozostawił w swoich zapiskach naoczny świadek, ksiądz trynitarz Brusiłowski, który z bliska obserwował szał zniszczenia, jaki przetoczył się przez Ukrainę: „Wkopywano ludzi po szyję w ziemię i potem jak trawę koszono; kobietom ciężarnym rozparano żywoty, a w miejsce wydartych dzieci, z odrazą […] wpychano [koty]… Okrucieństwo przekroczyło wszelkie ludzkie granice”. Przemoc hajdamaków miała charakter rytualny, wręcz teatralny. Jej celem nie było jedynie fizyczne wyeliminowanie przeciwnika, lecz totalne zdeprawowanie wykonawców i permanentne zastraszenie tych, którzy ocaleli. Zacierano wszelkie ślady dotychczasowej koegzystencji, rzucając na szalę cywilizacyjne dziedzictwo Polskich Kresów. Pamiętajmy, bo naród który pamięta, żyje!
Krzysztof Buczek