Skromna, ale elegancka, ładna i sympatyczna, najczęściej uśmiechnięta, okazjonalnie lubiła zakładać kapelusze i koronkowe rękawiczki, posługiwała się piękną polszczyzną, którą szlifowała w Studium Nauczycielskim we Lwowie. Do Deszna przyjechała w październiku 1944 r. wraz z rodziną Uszyńskich, tak jak ona zatrudnionych na stanowisko nauczycieli. Miała wówczas już 36 lat. Czas dzieciństwa i młodości spędzony w Kamionce Strumiłowej pod Lwowem oraz okres wielkiej miłości do lotnika, który zginął w bitwie o Anglię, okryła zasłoną milczenia. Jej rodzice zostali wywiezieni na Syberię i tam pomarli, natomiast bracia, w wyniku porozumienia Majski-Sikorski, przedostali się do armii Andersa i wraz z wojskiem przeszli szlak bojowy. Jeden z nich pozostał w Anglii i tam założył rodzinę. Co najmniej dwukrotnie pani Zofia go odwiedziła, przywożąc stamtąd eleganckie ubiory i smakołyki, którymi raczyła swoich uczniów. Drugi brat wrócił do Polski, założył rodzinę, a trójka jego dzieci - Michasia, Jurek i Zbyszek, często gościła u cioci Zosi, a nawet czasowo realizowała obowiązek szkolny pod jej opieką. Wszyscy osiągnęli wykształcenie, a Michalina obroniła doktorat z matematyki. Panią Zofię od zesłania na Syberię uchroniło to, że była nauczycielką dzieci nie tylko polskich, ale również ukraińskich. Pani Maruszniak niemalże 30 lat swojego życia spędziła w Desznie jako kobieta niezamężna, oddana pracy, aktywna w środowisku lokalnym. Osiem ostatnich lat życia spędziła u kuzynek w Pile i tam nagle zmarła 4 VIII 1981 r.
Dlaczego piszę o tej osobie? Zasłużyła ona bowiem na wdzięczną pamięć kolejnych pokoleń. Była pedagogiem przez wielkie „P”, wspaniałą przedwojenną nauczycielką, której wielkim powołaniem była służba dzieciom. Pani Zofia – zawsze spokojna, cierpliwa i opanowana. Jej pogoda ducha rozlewała się na całą szkołę, tworząc ciepłą rodzinną atmosferę. Była uczynna i koleżeńska, szanowana i lubiana przez kolegów po fachu i rodziców swoich uczniów. Miała taki autorytet, że nie musiała stosować kar. Karą dla ucznia był jej smutek. Dużą wagę przywiązywała do opanowania przez dziecko podstawowych technik szkolnych tj.: czytania, pisania i rachowania. Często powtarzała, że bez tego nie będzie postępów w nauce ani żadnego szkolnego sukcesu. Dzieci, które miały jakiekolwiek problemy z opanowaniem szkolnych umiejętności, zostawiała po lekcjach na pracę indywidualną. Nikogo nie przekreślała, nie dyskryminowała czy dyskredytowała ze względu na słabe wyniki. Wierzyła w każde dziecko. W każdym umiała znaleźć coś dobrego i jakiś talent. Zachęcała do czytelnictwa i pożyczała książki z wielkiej szafy, która nazywana była „biblioteką”. Potem rozmawiała z dziećmi o treści przeczytanych pozycji, aby dyskretnie sprawdzić, czy przeczytały i co zrozumiały. Cierpliwie tłumaczyła kwestie trudne dydaktycznie, a rozproszenia i nieuwagę w czasie lekcji potrafiła obrócić w żart i wyprostować. Znała życie i problemy wielu rodzin. Dyskretnie i taktownie pomagała tam, gdzie było to konieczne. Szczególną opieką otaczała dzieci, które doświadczyły absencji chorobowej. Wiele godzin poświęcała na wyrównywanie ich braków. Dużo serca i pomocy doświadczały od niej półsieroty. Dawna uczennica, która wcześnie straciła matkę, wspomina: „Ukochana pani Maruszniak nauczyła mnie czytać i pisać, rozmiłowała w poezji, ale przede wszystkim zastępowała mi mamusię”.
Pani Zofia pełniła funkcję szkolnej higienistki. Opatrywała rany, wdrażała do częstego mycia rąk, uczyła techniki prawidłowego mycia zębów, kontrolowała ubiór, suszyła przy kaflowym piecu dziecięce buty, a jeśli ktoś nie miał ze sobą drugiego śniadania, to obdarowywała go kanapkami robionymi przez siebie. Lekcje szkolne zaczynały się dzwonkiem umocowanym na solidnej, drewnianej rękojeści, którym to pani Zofia zapraszała dzieci do nauki. Zwracała dużą uwagę na estetykę zeszytów, kaligrafię, rozwijała wrażliwość na muzykę i poezję oraz niezwykle mocno podkreślała patriotyzm. Jednej z uczennic, która wraz z rodzicami wyjechała do USA, napisała w pamiętniku: „Kochana Wisiu, choćby Ci w Ameryce było jak w raju, nigdy nie zapomnij o swoim Kraju”. Wisia pamięta, a pamiętnik z wpisem kochanej pani Maruszniak przechowuje wśród rodzinnych pamiątek do dziś.
Była nauczycielką, która dbała o kondycję fizyczną, propagowała ruch na powietrzu, prawidłową postawę ciała podczas chodzenia, jak i przy siedzeniu. Uczyła dbałości o własność szkolną i prywatną. Sama mieszkała w szkole. Przy szkole był ogródek, a w nim rosło wiele kwiatów, a szczególnie jej ulubione - malwy i bzy. Uczyła dzieci ogrodnictwa – która roślina, z którą się lubią, w jakich warunkach najlepiej rosną, dlaczego należy spożywać owoce i warzywa itp. W tamtych czasach było to prozdrowotne wychowanie i kształcenie. Kochała kwiaty i to kwiatami z przydomowych ogródków uczniowie zasypywali ją podczas imienin, święta nauczyciela czy z innych okazji. Kolejna z jej uczennic, Michasia wspomina: „Pani Zofia uczyła mnie przez 4 lata. Ten czas miał niezwykłe dla mnie znaczenia i rzutował na całe życie. Wpoiła mi miłość do książek, zainteresowanie otaczającym światem, nauczyła mnie szacunku do każdego człowieka, do przyrody i wszystkiego, co nam zostało dane na tej ziemi”.
W roku 1968 przeszła na emeryturę, ale nadal uczyła, prowadząc bezpłatnie korepetycje i zastępstwa za chorych czy nieobecnych nauczycieli. Dzisiaj, po wielu latach uczniowie mówią o niej – „nasza Siłaczka”. Wszystko poświęciła dla dzieci, dla ich rozwoju, dla poprawy ich losu, dla lepszego startu społecznego.
W czasach, gdy autorytet nauczyciela jest kwestionowany i poddawany w wątpliwość, jak wiele innych autorytetów, pani Zofia Maruszniak jest potwierdzeniem na to, że można emanować delikatnością, taktem, wysoką kulturą osobistą, będąc równocześnie tytanem pracy, profesjonalistą w każdym calu, roztropnym i zdyscyplinowanym i równocześnie najlepszym przyjacielem oraz powiernikiem swojego ucznia.
Tekst artykułu powstał na bazie materiałów i wspomnień byłej uczennicy, pani Michaliny Jaworskiej (z domu Inglot), wywiadu z emerytowanym kierownikiem szkoły z Deszna, panem Stanisławem Krukarem i wpisów kronikalnych, za co serdecznie dziękuję.
Małgorzata Śliwka



