- Szczegóły
- Odsłony: 436
Wśród wielu wybitnych Polaków pochodzących z Kresów Wschodnich szczególne miejsce zajmuje Kazimierz Nowak – podróżnik, reporter i fotograf, który jako pierwszy człowiek na świecie samotnie przemierzył Afrykę z północy na południe i z powrotem. Jego niezwykła historia to opowieść o odwadze, wytrwałości i wierze w sens poznawania świata.
Kazimierz Nowak to jedna z najbardziej niezwykłych, a przez wiele lat zapomnianych postaci polskiego międzywojnia. Urodzony 11 stycznia 1897 roku w Stryju, na dawnych Kresach Wschodnich, wyrósł w świecie przenikania się kultur i tradycji. Ta kresowa otwartość, wrażliwość i ciekawość świata stały się fundamentem jego późniejszej pasji – podróżowania. Wyprawę życia czyli podróż przez Afrykę Nowak rozpoczął w 1931 roku. Przez pięć lat przemierzał kontynent różnymi środkami – rowerem, pieszo, konno, czółnem i wielbłądem. Pokonał ponad 40 tysięcy kilometrów, od Trypolisu w Libii po Przylądek Igielny w Republice Południowej Afryki i z powrotem. Podczas tej podróży zmagał się z chorobami, upałem i brakiem środków, ale nigdy nie stracił ducha. Z Afryki przesyłał do Polski swoje reportaże i fotografie, które publikowała prasa międzywojenna. Opisywał nie tylko piękno kontynentu, ale przede wszystkim ludzi – z szacunkiem i zrozumieniem, tak rzadkim w epoce kolonialnej.
Trudno nie zauważyć, że właśnie kresowe pochodzenie ukształtowało w Nowaku odwagę, wrażliwość i otwartość na różnorodność. Z tych samych ziem wywodzili się inni wybitni podróżnicy – Bronisław Piłsudski, badacz ludów Dalekiego Wschodu, oraz Ferdynand Ossendowski, autor słynnej książki Przez kraj ludzi, zwierząt i bogów. Wszyscy oni łączyli przygodę z nauką, pasję z refleksją i dowodzili, że Kresy były kolebką ludzi nieprzeciętnych duchem.
Po powrocie do kraju Kazimierz Nowak planował kolejne wyprawy, ale trudne warunki zdrowotne i wyczerpanie organizmu po pięcioletniej podróży doprowadziły do jego śmierci w 13 października 1937 roku, w wieku zaledwie czterdziestu lat.
- Szczegóły
- Odsłony: 458
Na początku 1995 r. udało mi się nawiązać kontakt korespondencyjny z rodziną Kobielka, wywodzącą się z Kamionki, a w 1945 r. wysiedloną do Złoczowa pod Lwowem. Już w pierwszym liście Olena i Petro przekazali mi wiele informacji o swojej wsi, ponadto dołączyli kserokopię zdjęcia przedwojennej świątyni. Kilka miesięcy później otrzymałem krótką informację, że pan Petro będzie w Polsce w ostatniej dekadzie czerwca i chciałby się ze mną spotkać. Wiadomość ta sprawiła mi dużą radość, bo dawała nadzieję na wspólny pobyt w Kamionce.
Pewnego letniego wieczora wjechał na nasze podwórko bus na ukraińskich numerach rejestracyjnych. Wysiadł z niego tylko pan Petro, liczący wówczas około 70 lat. Szybko przeszedł do nurtującej go od dziesięcioleci historii, którą tak zapamiętałem: „W 1945 r. wysiedlono nas z Kamionki. Gdy czekaliśmy na transport we Wróbliku, wiedzieliśmy, że jak ruszymy, bandyci będą chcieli odpiąć ostatnie wagony i zabrać nasze konie i krowy. Do pilnowania tych wagonów zgłosiło się kilku ochotników. Wśród nich był mój ojciec. Gdy pociąg ruszył, wagony ze zwierzętami odczepiono. Osoby, które tam były, zostały zastrzelone. Przyjechaliśmy szukać miejsca, gdzie leżą. Mamy ze sobą trumnę na szczątki”. Następnego dnia pojechaliśmy do domu burmistrza Jana Rajchla. On uświadomił nas, że oficjalna procedura ekshumacji jest bardzo skomplikowana, długa i trudna do przeprowadzenia. Udaliśmy się więc do sołtysa we Wróbliku Szlacheckim. Sens jego wypowiedzi był mniej więcej taki: „Szukajcie, kopcie, ale aby nikt tego nie widział. Ale proszę, nie jutro. Jutro jest u nas odpust”. Po dwóch dniach wieczorem ponownie na podwórko wjechał ukraiński bus. Tym razem z Kobielką wysiadło trzech młodych mężczyzn. „Przekopaliśmy tyle ziemi, ile trzeba wybrać na fundamenty wielkiego budynku. Ludzie przynosili nam picie, a nawet jedzenie. Starsi wskazywali inne miejsca. Szliśmy tam i zaczynaliśmy kopać. Nic nie znaleźliśmy. Na cmentarzu w Zyndranowej pochowamy pustą trumnę...”. 23 czerwca przed południem spotkaliśmy się w Kamionce. Petro Kobielka i Mychajło Zawojski oprowadzali mnie po swojej rodzinnej wsi.
Czytaj więcej: Wycieczka do Kamionki. Część 3. Wysiedlenie i wspomnienie dawnej wsi
- Szczegóły
- Odsłony: 488
Grzegorz, przez Kraszewskiego nazywany Strzemieńczykiem, ma w Sanoku swój pomnik, ma ulicę, ma pamiątkowe tablice, ale tak naprawdę to niewiele o nim wiemy. Chciałabym Państwu przybliżyć tę postać i jak się Państwo przekonają, będzie to dobry wybór.
Grzegorz z Sanoka, herbu Strzemię, polski, rzymsko-katolicki duchowny, metropolita lwowski, profesor Akademii Krakowskiej, jeden z pierwszych przedstawicieli humanizmu renesansowego w Polsce, poeta. Był, prawdopodobnie, synem mieszczanina i ławnika sądu wyższego prawa niemieckiego na zamku w Sanoku – Piotra. Urodził się w roku 1406. Już za życia otaczały go kontrowersyjne opinie. Niejednoznaczność zaczyna się od daty narodzin; jedni podają 1406, inni 1407. Podobnie pochodzenie, w niektórych materiałach widnieje szlacheckie, w innych plebejskie. Tak też w wielu kwestiach dotyczących Grzegorza, od stylu życia po poglądy, oceny są różne. Niewiele mamy informacji o jego dzieciństwie. Według historyka Adama Fastnachta, jako 12-letni chłopiec uciekł z domu, prawdopodobnie z powodu bardzo rygorystycznych metod wychowawczych ojca i wędrował przez 10 lat po świecie. Dotarł aż za Łabę. Żył jako scholar( żak) w Niemczech. Uczęszczał do szkoły, gdy zatrzymał się w Krakowie, ale dopiero po powrocie z zachodu. Kiedy skończył 22 lata, wstąpił do Akademii Krakowskiej, gdzie, po czterech latach nauki uzyskał stopień bakałarza. Jego kolegą na studiach był m.in. Jan Długosz. Wcześniej przepisywał rękopisy, zajmował się muzyką i śpiewem. W latach 1433-37 sprawował funkcję wychowawcy synów wojewody krakowskiego, Jana Tarnowskiego. Wtedy też przyjął święcenia kapłańskie. Następnie wyjechał na studia do Rzymu. Oprócz studiów pracował jako kopista i muzyk w kancelarii papieża Eugeniusza IV. W Italii zetknął się z myślą humanistyczną i renesansem.
- Szczegóły
- Odsłony: 468
Rymanów lokował w dobrach królewskich w 1376 roku książę Władysław Opolczyk, ten sam który ufundował Klasztor Jasnogórski i sprowadził do niego cudowny obraz Matki Boskiej z Bełza. Niewątpliwie w chwili lokacji wytyczono rynek, drogi dojazdowe do przebiegających nieopodal gościńców i kwartały pod zabudowę mieszkalną. Miejsce pod miasto wybrano na cyplu wzgórza, uwzględniając naturalne ukształtowanie terenu , sprzyjające jego obronności. Organizujące się miasto zapewne jeszcze przed 1382 rokiem stało się własnością prywatną Dymitra z Goraja i Klecia, jednego z najbardziej wpływowych ludzi w ówczesnej Polsce. W 1400 roku Rymanów otrzymała w spadku córka Dymitra - Katarzyna , która w 1413roku wyszła za mąż za Dobiesława z Oleśnicy i Sienna, uczestnika bitwy pod Grunwaldem, jednego z głównodowodzących oblężeniem Malborka. Dobiesław zbudował tu wcale okazały dwór obronny , co sugeruje informacja, iż Katarzyna chętnie i często w Rymanowie razem ze swoimi jedenastoma synami przebywała. Tak liczna rodzina musiała mieć stosowne dla tej pozycji społecznej lokum. Naprzeciw dworu wybudował Dobiesław murowany kościół. Dwór , mający spełniać ówczesne wymogi obronne został zbudowany na samym skraju cyplu wzgórza opadającego w stromo do rzeki Tabor i oddzielonego po obu bokach dwoma głębokimi wąwozami, którymi obecnie biegną ulice: Podgórze i Grunwaldzka. Cypel odpowiednio zniwelowano oraz oddzielono od miasta fosą i być może umocniono palisadą z bierwion. W tym to dworze Dobiesław gościł w 1419 roku króla Władysława Jagiełłę, natomiast w lutym 1440 roku podejmował swojego bratanka Zbigniewa Oleśnickiego, już w ów czas kardynała i faktycznie pierwszą osobę w Polsce, jeżeli nie liczyć króla Władysława Warneńczyka. Kardynał Oleśnicki wracał z Budy właśnie z jego koronacji na władcę Węgier i jechał do Sanoka, do jego matki królowej Sońki, która natenczas mieszkała w tamtejszym zamku, zdać relację. Dobiesław, kiedy wszedł w spór z biskupem przemyskim , nie zawahał się w 1439 roku uczynić zajazd w prawie 50 zbrojnych na jego folwark i dwór w Króliku.
- Szczegóły
- Odsłony: 722
Urodził się 13 stycznia 1913 roku w czasach, gdy Polski nie było na mapach Europy, w rodzinie Wojciecha i Marianny Materniaków. Lata młodości spędził w niepodległej Polsce. Edukację rozpoczął w Szkole Powszechnej przy ulicy Piłsudskiego w Rymanowie, a od 1926 roku był uczniem Państwowego Gimnazjum im. Królowej Zofii w Sanoku, które ukończył uzyskując tzw. małą maturę. Dalszą naukę kontynuował w latach 1928-1932 w Przemyślu, gdzie zdał maturę. Następnie podjął pracę w Sądzie Grodzkim w Rymanowie, jako referent. W 1933 roku rozpoczął studia teologiczne na Uniwersytecie Jana Kazimierza we Lwowie, a sakrament kapłaństwa otrzymał z rąk J.E. ks. Arcybiskupa Bolesława Taborskiego.
Pierwszą parafią, do której Kuria Metropolitalna skierowała ks. Mieczysława był Radziechów, gdzie pracował w latach 1938 - 1942. Praca na tej parafii przyniosła mu wiele satysfakcji, ale jednocześnie wywarła silne piętno w psychice młodego kapłana. Wspominał kontakty z ludnością zamieszkującą te tereny, zarówno polską jak i ukraińską, będąc świadkiem rodzącego się konfliktu o podłożu narodowym i religijnym.
Wrzesień 1939 roku przyniósł Polsce dwa najazdy: hitlerowski i sowiecki. Okupanci z premedytacją przystąpili do niszczenia polskiej inteligencji. Po zagarnięciu 17 września 1939 roku przez ZSRR polskich terenów na wschodzie rozpoczął się proces aresztowań Polaków oraz wywózek ludzi związanych z polską kulturą i nauką, w tym cywilów. Decyzją z dnia 23 kwietnia 1942 roku Kuria Metropolitalna we Lwowie przeniosła księdza Mieczysława do parafii Tartaków. W trudnych warunkach nocy okupacyjnej, podtrzymywał miejscową ludność na duchu, narażając życie pełnił swoją posługę tam, gdzie go wzywano. Był świadkiem rozstrzeliwań i mordów ludności polskiej.
Czytaj więcej: Ksiądz Prałat Mieczysław Materniak - kapłan wielu pokoleń
- Szczegóły
- Odsłony: 695
Urodziła się w Suwałkach, w 1842 roku, w rodzinie Wasiłowskich. Miała sześcioro rodzeństwa, ale jedna z sióstr – Zosia zmarła we wczesnym dzieciństwie. Ojciec Józef, był adwokatem, matka Scholastyka, jak mąż, pochodziła ze zubożałego ziemiaństwa, z rodu Turskich, z Sierpeckiego. Spośród rodzeństwa to Maria właśnie wykazywała nieprzeciętne zdolności do nauki i takież zainteresowania, dlatego ojciec najwięcej czasu z edukacji domowej poświęcał Marysi. Materiałem edukacyjnym były utwory trudne, wysokiego lotu, zmuszające do wysiłku intelektualnego . Dom tętnił życiem, szczególnie kiedy państwo Wasiłowscy przenieśli się do Kalisza. Nie było komfortu, niewielkie mieszkanie, 3-osobowa służba, wypełnione było gwarem szóstki dzieci . Po przedwczesnej śmierci matki na rodzinę padł cień głębokiej żałoby - obowiązywała wszystkich. „ Ojciec mistyk, samotnik, głęboko religijny, oddany pracy i dzieciom. Dom nasz był domem prawie zakonnym, nie było wizyt, nie było śmiechu, a spacery, na które nas ojciec zabierał miały jeden cel-cmentarz” – wspominała Maria. Miała wówczas 12 lat. Dorastała w poczuciu straty matki, braku radości dzieciństwa oraz żałoby po utracie wolności ojczyzny, czego świadomość uzyskała już jako mała dziewczynka, dzięki postawom i przeżyciom ojca. Wszystko to rzutowało z pewnością na rozwój psychiczny i emocjonalny Marii. Kalisz pozostał we wspomnieniach miastem smutnej młodości : „ Nie wyrosłam tobie kwiatem, nie zabłysłam ci jak gwiazda, lecz tułaczo poszłam światem, z sierocego mego gniazda”. Później była edukacja u Sióstr Sakramentek w Warszawie, niedługa, bo tyko rok, ale ten czas zrodził dla Marii wielką przyjaźń z Elizą Pawłowską, późniejszą Orzeszkową. „Pamiętam Cię Mario, wybornie, tak jak bym wczoraj siedziała obok Ciebie. Pisałyśmy wiersze, komponowałyśmy wypracowania dla mniej genialnych koleżanek, zdaje się, że byłyśmy cudownymi dziećmi” -pisała w liście Orzeszkowa. Maria Wasiłowska dosyć wcześnie, w wieku lat 19, wyszła za mąż za Jarosława Konopnickiego. Zmieniła w związku z tym adres, na dwór w Bronowie.
Czytaj więcej: "Wiersze na łokcie" - krótka opowieść o Marii Konopnickiej
- Szczegóły
- Odsłony: 721
Dolina dzisiejszej Kamionki przypomina nam poznane już w czasie poprzednich wycieczek nieistniejące wsie łemkowskie: Wołtuszową, Wólkę i Zawoje.
Około 200 m na wschód od zabudowań byłego PGR-u w przysiółku Abramów znajduje się miejsce po cerkwi z 1922 r. Obok są pozostałości cmentarza wiejskiego, na którym zachowały się tylko trzy kamienne krzyże. Najciekawszy z nich pochodzi z 1909 r. Cerkiew położona była peryferyjnie, na zachodnim, najniższym, krańcu wsi. Niegdysiejsza zabudowa ciągnęła się od niej w kierunku wschodnim na długości około dwóch kilometrów, podchodząc pod wzgórze Siwice. Przedwojenna mapa topograficzna mówi, że było tu wówczas 65 domów. Zostało po nich sporo śladów, zgrupowanych przy starej, ale jeszcze widocznej w terenie drodze wiejskiej. W połowie jej długości znajdują się resztki krzyża.
Pierwsza pisana wzmianka o wsi Camyenne pochodzi z 1526 r., co oznacza, że osada powstała wcześniej. Była to jedna z najmłodszych wsi w jaśliskim kluczu biskupów przemyskich. Przywilej na założenie sołectwa wydał biskup Stanisław Tarło niejakiemu Waśkowi Pawłowskiemu Wołochowi w 1541 r. Fastnacht A., 1998, s. 58). Kamionka w dobrach jaśliskich tworzyła samodzielną jednostkę, tzw. półpotok.
Pierwotnie Kamionka była siedzibą parafii unickiej, która obejmowała także sąsiednią Zawadkę Rymanowską. Jednak w 1720 r. plebanię przeniesiono do Zawadki.
Czytaj więcej: Wycieczka do Kamionki. Część 2. Odkrywanie dawnej wsi
- Szczegóły
- Odsłony: 721
105 lat temu, jesienią 1920 roku oczy całej Europy znów zwróciły się ku Polsce. Jeszcze kilka tygodni wcześniej bolszewickie armie stały u wrót Warszawy, a Lenin już rozdzielał w myślach zdobyczną Europę między komisarzy. Cud nad Wisłą ocalił Polskę, ale nie zakończył wojny. Lenin chciał wrócić do gry, a Zachód – oszołomiony własną niemocą – z trwogą patrzył na wydarzenia na wschodzie kontynentu. To wtedy, nad Niemnem, ważyły się nie tylko losy odrodzonej Rzeczypospolitej, lecz także przyszłość całej Europy. Polska znów została samotnym strażnikiem cywilizacji zachodniej.
Po sierpniowej klęsce pod Warszawą Armia Czerwona nie złożyła broni. Lenin i Trocki liczyli, że uda się jeszcze odwrócić losy wojny. Berlin i dalej – Paryż – wciąż jawiły się jako cele w zasięgu ręki. „Wisła to nie koniec, to dopiero przeszkoda” – miał notować w swoim sztabie dowódca Frontu Zachodniego, Michaił Tuchaczewski.
Piłsudski rozumiał, że tylko zdecydowany cios na froncie litewsko-białoruskim może zniszczyć bolszewicką machinę. Tak narodził się plan ofensywy znad Niemna – brawurowy, ryzykowny, ale jedyny, który mógł zamknąć tę wojnę.



