Wolka mapa 2Czterech mieszkańców Wólki: Petriwski Oleksa, Odrechowski Pawło, Bencz Mychajło i Puchoński Iwan wzięło udział w wojnie obronnej Polski w 1939 r. Wszyscy wrócili po kampanii wrześniowej do rodzinnej wsi. W czasie okupacji wiele osób zostało wywiezionych na roboty do Niemiec. Nie wszyscy przeżyli. Przykładowo zmarł tam Orysik Onufry, syn Mychajła Orysyka, utalentowany rzeźbiarz zwierząt. Kilka osób po powrocie nie zastało już bliskich w Wólce, gdyż ci w 1945 r. zostali zmuszeni do wyjazdu do sowieckiej Ukrainy. Wywózki do Rzeszy uniknęła grupa młodych rzeźbiarzy, których Niemcy zatrudnili w specjalnie zorganizowanym zakładzie rzeźbiarskim w Rymanowie. Rusini nazywali go „artil”. Chłopcy, którzy tam pracowali, zaczęli kupować sobie bluzki z wyszywanymi ukraińskimi soroczkami, co nie podobało się ludności polskiej: „Te wyszywki - soroczki - pojawiły się za Niemców. Wcześniej [na bluzkach] były ornamenty roślinne” - zapamiętał A. Suchorski.

Zimą 1943 r. rozpoczęły się napady rabunkowe na Wólkę. Zdaniem mieszkańców tej wsi, dokonywały ich grupy uzbrojonych Polaków z Lubatowej, Iwonicza i Klimkówki, a po wyzwoleniu także przybyłych ze wschodu Kresowiaków. W czasie tych akacji „nikogo z naszych nie zamordowali, nie brali też ostatniej krowy” - mówił A. Suchorski. I dalej kontynuował: „Pierwsze rabunki nie były wielkie. W zimie przyszli do wsi z karabinami, wybrali gospodarza - za drugim razem był to Odrechiwski Petro - w stajni policzyli owce i musiał im oddać najlepsze za dzień, za dwa w lesie za Kopalnią. [...] Największy napad był latem 1944 r. Zabrali wtedy 27 sztuk bydła. Ludzie uciekli z domów. A Iwan Orysyk, który był leśniczym i pracował z Polakami, wiózł siano do domu. Sołtys go zobaczył i mu mówi, nie jedź do seła, bo tam pełno polskiej bandy. A on pojechał. Obstąpili go, pół fury siana zrzucili, ale wóz i konia zabrali. [...] W czasie frontu taty kolega z Klimkówki zaproponował, że weźmie mu krowę na przechowanie. Ta krowa została po mojej mamie. Ja protestowałem, ale tata z macochą nie posłuchali mnie. Jak on zabrał krowę, to już jej nie oddał. Powiedział, że przyszli do niego w nocy i ją zabrali. [...] Pojechaliśmy na Ukrainę bez krowy. Sześć osób i krowy nie było!”.

Spójrzmy na te wydarzenia z innej perspektywy.  Jan Rajchel z Posady Górnej wychowywał się do końca ostatniej wojny w sąsiedztwie Rusinów. Do jednego z nich - Teodora Rudawskiego - przyjeżdżał wozem zaprzęgniętym w parę koni Łemko z Wólki, niejaki Antoszko (zapewne Antin Rydżyj). Mały Jaś bardzo lubił te konie i zawsze przynosił im coś do jedzenia. Były to klacz (sroczka) i kasztan (z białą smużką). Gdy po raz ostatni Antoszko przyszedł do Rudawskich, mówił do ojca Jasia: „Józiu już nie mam koników. Przyszli w nocy, przystawili mi karabin... Uwiązali konie i poszli w kierunku Deszna. Ale zobaczysz, jak to wszystko się uspokoi, Ty poznasz moje konie. One będą tu, na Posadzie”. I gdy wszystko się uspokoiło, pojawił się jeden koń, później drugi. Ale nie powiem ci, u kogo - kończył w 2014 r. swoje wspomnienie nieżyjący już Jan Rajchel.

We wrześniu 1944 r. została podpisana umowa między PKWN i rządem Ukraińskiej SRR, która przewidywała wzajemny transfer ludności. Zgodnie z tym porozumieniem ewakuacja ludności ukraińskiej z Polski południowo wschodniej miała się rozpocząć 15 października 1944 r. Pierwsze siedem rodzin opuściło Wólkę już na początku następnego roku. Były to: Odrechowski Tymko (do Danka), Odrechowski Pawło (do Dzyndzyłychy), Petriwski Oleksa (Petriśkyj), Krasowski Petro (do Wijta), Puchoński Iwan, Krasowski Mychajło (do Jurkowoho) i Wawrynowycz (Ławrynowicz) Wasyl (do Ksynki). Jest prawdopodobne, że w okresie okupacji członkowie tych rodzin pracowali w „artilu” w Rymanowie. Wszystkie te rodziny osadzono w regionie odesskim.

Wiosną 1945 r. w Wólce nastał względny spokój. Ludzie przystąpili do prac polowych: siali, orali i sadzili. Ale gdzieś po miesiącu grabieże rozpoczęły się ponownie. Mieszkańcy z „chudobą” spędzali noce w pobliskich lasach. W tym czasie zginęły co najmniej dwie osoby. Puchoński, zięć Kita, został zastrzelony na ścieżce leśnej, którą szedł po lekarstwa do Iwonicza Zdroju. Antina Rydżego schwytali i zabili nieznani sprawcy, gdy pobiegł do lasu za spłoszoną krową. W tym okresie w ciągu dnia we wsi pojawiali się umundurowani i uzbrojeni agitatorzy, którzy namawiali do wyjazdu na sowiecką Ukrainę. W maju 1945 r. wysiedlenie wisiało już w powietrzu. Ludzie naradzali się z Rusinami z Deszna i Bałucianki po niedzielnych nabożeństwach, co robić w zaistniałej sytuacji? Ale wniosek był jeden: „Musimy jechać. Nie dadzą się nam tu dłużej utrzymać” - wspominał A. Suchorski. Na przełomie maja i czerwca mieszkańcy opuścili Wólkę i udali się do stacji kolejowej we Wróbliku Szlacheckim. Tu oczekiwali blisko miesiąc na transport, gdyż brakowało wagonów. Wszystkich przewieziono w dwa rejony Tarnopolszczyzny: bereżański - do Hutyska i podhajecki - do wsi Zahajce.

Ale kilka starszych lub schorowanych kobiet pozostało w swoich domach w Wólce. Pozostała też Marta Szul. Dzisiaj jej samotny nagrobek powinien nam przypominać o ostatnich, tragicznych dniach istnienia tej łemkowskiej wsi. Opowiem o tym podczas następnego spotkania.

Link do części 1 artykułu

Link do części 2 artykułu

Link do części 3 artykułu

Link do części 4 artykułu

Link do części 6 artykułu