Dawne Kresy II Rzeczypospolitej pełne są wydarzeń, które przykryte grubą warstwą historycznego kurzu giną gdzieś w zaświatach i pozostawiają ogromna pustkę w świadomości narodowej. Bo czy w naszej przestrzeni społecznej rozpoznajemy takie postacie jak Józef Opacki, Heweliusz Malawski czy Jerzy Koluszek? Obawiam się, że dla wielu z nas odpowiedź będzie jednoznacznie negatywna, a przywołani panowie byli organizatorami pierwszego antykomunistycznego powstania, które wybuchło na terenach, które Rosjanie zajęli po 17 września 1939 r.

Wydarzenia, które dzisiaj przypomnę, miały miejsce w Czortkowie – małym miasteczku leżącym w połowie trasy pomiędzy Stanisławowem a Kamieńcem Podolskim. Równo 200 kilometrów na południowy wschód od Lwowa i 400 kilometrów od Rymanowa w takim samym kierunku.

W tym niezwykle urokliwym miasteczku w nocy z 21 na 22 stycznia 1940 r., a więc niespełna 4 miesiące po wkroczeniu tam sowietów, konspiratorzy, na czele z Józefem Opackim, przystąpili do działania. Plan był bardzo ambitny, spiskowcy podzieleni zostali na cztery grupy i każda z nich miała odmienne zadania. Planowano opanować koszary, więzienie, główne budynki w mieście i stację kolejową, odbić przetrzymywanych więźniów, porwać pociąg
i odjechać do Rumunii.  Z różnych przyczyn udało się jedynie opanować szpital.  Zaskoczenie Rosjan było tak wielkie, że natychmiast o wystąpieniu poinformowano najwyższe władze sowieckie na czele z Ławrentinem Berią i Józefem Stalinem. Komuniści byli przekonani, że powstanie czortkowskie jest początkiem ogólnopolskiego zrywu antysowieckiego, na które Związek Radziecki nie był przygotowany.

Powstanie wstrzymano już następnego dnia po jego wybuch, jednak reperkusje trwały jeszcze przez wiele następnych miesięcy. Ostatecznie NKWD aresztowało ponad 600 osób, wiele z nich mordując lub skazując na wieloletnie więzienia. Pomimo niepowodzenia inicjatywy niepodległościowej powstańcy czortkowscy pokazali, że komunistów da się zaskoczyć i być może nawet pokonać. Kresowe dziewczęta i chłopcy zapłacili wysoką cenę za te kilkadziesiąt godzin wolności, dlatego pamiętajmy o ich trudzie i krwi, którą przelewali, pamiętajmy o dziedzictwie naszych Kresów.

Jak wiadomo, najwyższym punktem Gminy Rymanów jest góra Skibce (776 m), najbardziej na zachód wysunięty szczyt pasma Bukowicy. Najczęściej na wzniesienie to wchodzimy podczas przejścia głównym szlakiem beskidzkim z Puław na Tokarnię (778 m). W poniższym i kolejnym tekście zapraszam do bardziej wnikliwego poznania tej góry.  

Skibce są zwornikiem dla odgałęziającego się na północ grzbietu, który rozdziela dorzecza Wisłoka i Pielnicy. W wododziale tym najwyższym szczytem jest góra Polana (691 m) nad Puławami Górnymi. Od Skibców oddziela ją przełęczą (632 m). Polska mapa topograficzna z 1938 r. w skali 1:100 000, arkusz „Sanok”, mówi, że w tamtym czasie przez to obniżenie przebiegała droga polna z górnego końca Puław do Roztok, przysiółka Woli Sękowej. A przy tej drodze, po wschodniej stronie przełęczy, był krzyż. Takiej sygnatury nie znajdziemy w tym miejscu na starszych mapach austriackich. Przez lata intrygowało mnie, do czego mógł nawiązywać ten znak? Czy był to tylko krzyż przydrożny, jakich kiedyś było wiele? A może upamiętniał jakieś wydarzenie tragiczne lub ocalenie? Odpowiedzi na te pytania udzielił mi pan Wasyl Kiń, który urodził się w Puławach w 1925 r., ale po wojnie wraz z rodziną został wysiedlony w okolice Zbaraża na zachodniej Ukrainie. Udało mi się nawiązać z nim kontakt dzięki pomocy p. Stefana Kinia z Odrzechowej. W liście z maja 1995 r. ten dawny mieszkaniec Puław napisał: „chrest postawlienyj wojnam, szo zahynuły w awstrijśkij wijni”. Z tej lakonicznej informacji wynika, że faktycznie krzyż był i znaczył miejsce zbiorowej mogiły z czasów I wojny światowej.

Dorośli, dzieci, zwierzęta – kleszcze rozgoszczą się wszędzie. Kąsają, gdy tylko nadarza się okazja. Potrafią nieźle namieszać, jeśli przenoszą m.in. krętki z rodzaju Borrelia, wywołujące boleriozę (tzw. chorobę z Lyme).

Powszechnie wiadomo, że bolerioza niesie za sobą poważne przewlekłe konsekwencje zdrowotne. Jest chorobą wieloukładową (cechuje się występowaniem różnych objawów), więc nietrudno pomylić ją z innym schorzeniem (jak np. stwardnienie rozsiane, reumatoidalne zapalenie stawów, choroby psychiczne). Spektrum symptomów i ich różnorodność często niesie więc za sobą ryzyko podejmowania niewłaściwych działań leczniczych.

Początek XX wieku przyniósł rymanowskiemu uzdrowisku coraz większą popularność. W 190 l roku na pierwszą kurację do "rymanowskich wód" przyjechał słynny poeta, malarz - Stanisław Wyspiański. Zamieszkał w Desznie, w domu Tesznarów. Oczarowany piękną okolicą napisał wiersz "Hej las rymanowski za mgłą". Kolejny przyjazd poety w te strony miał miejsce dwa lata później w 1903 roku. Zamieszkał w niedawno oddanym do użytku secesyjnym pensjonacie. Leliwa" uważanym wtedy za najładniejszą willę w Zdroju.

Uzdrowisko systematycznie powiększało swoją infrastrukturę. Rozbudowało zdrojowe łazienki, powstała willa "Świtezianka", wybudowana w charakterystycznym stylu żakopiańsko-szwajcarskim, drewniana, szalowana deską w poziomie. Chlubiła się nie lada zdobyczą techniczną, mianowicie miała zainstalowany pierwszy w Zdroju telefon. W pięknym stylu architektonicznym wzniesiono willę, Dom Pod Matką Boską", autorstwa architekta Jana Sas Żubrzyckiego. Budynek postawiono na 86 murowanych filarach i wyposażono w trzy obszerne werandy i balkony. Willa należała do Władysława Zontaka, kustosza Muzeum Dzieduszyckich we Lwowie.

W bieżącym roku mija 145 lat od odkrycia źródeł mineralnych w rymanowskim Zdroju. Ich odkrycie dało początek powstania w majątku hrabiostwa Potockich uzdrowiska. 16 sierpnia 1876 roku, na nietypowe, bijące z ziemi źródła wody zwrócił uwagę ówczesny właściciel dóbr Rymanowa hr. Stanisław Potocki. W trakcie przejazdu przez kamienne koryto Taboru, zauważył obfite źródła wody, które kazał ocembrować, a pierwsze litry wody przekazał do badań chemikowi Tytusowi Sławikowi, Wyniki składu wody były tak zachęcające, że Potoccy niezwłocznie przystąpili do budowy ujęć źródła. Jeszcze przed rozpoczęciem eksploatacji hr. Stanisław Potocki wszedł prawnie w posiadanie. terenów nad. Taborem, poprzez zawarcie kontraktu zamiany ziem z Dańkiem Berdelem. Następne analizy chemiczne wód wykonali: prof. Wesse1sky z Wiednia i dr Bronisław Radziszewski. Sanocka Sekcja Towarzystwa Lekarzy Galicyjskich wydała o źródłach pozytywną opinię, co przyśpieszyło oficjalne otwarcie uzdrowiska. Wody mineralne otrzymały nazwy: źródło "Celestyna" od imienia matki hr. Anny Potockiej, "Klaudia" na cześć matki hr. Stanisława Potockiego i "Tytus" na pamiątkę ojca Anny Potockiej. Pierwszym zdrojowym lekarzem został dr Józef Dukiet, specjalista chorób dziecięcych.

Góra Polańska to jedno z częściej odwiedzanych miejsc w okolicy Rymanowa. Jej nazwa, utrwalona dopiero po ostatniej wojnie, jest dosyć ogólna i w swoim znaczeniu mówi nam tylko, że wzniesienie to wyrasta na terenie Polan (Surowicznych). A jak nazywano ten szczyt w samych Polanach, gdy wieś ta jeszcze istniała?

Po raz pierwszy inne określenie tej góry usłyszałem jeszcze w szkole podstawowej. Wspólnie z kolegą Jasiem Tomkiewiczem, jako uczniowie VII klasy, wybieraliśmy się na Kanasiówkę i Pasikę w paśmie granicznym. Na przystanku autobusowym spotkaliśmy wówczas p. Eugeniusza Bilika z Posady Górnej, od którego usłyszeliśmy, że na starej mapie austriackiej Polańska jest opisana mianem „Makowerty”. Już wtedy ta „nowa” nazwa tytułowego wzniesienia wydała się nam wyjątkowa. Nie mieliśmy nic do pisania i podczas całej wędrówki z Moszczańca do Nowego Łupkowa powtarzaliśmy to słowo. Kilka lat później dotarłem do austriackich map specjalnych w skali 1 : 75 000 w Bibliotece Jagiellońskiej w Krakowie i na arkuszu „Lisko und Mezö-Laborc.” z 1908 r. zobaczyłem podpis „Makowerty”. Sytuacja stała się jeszcze ciekawsza, gdy się okazało, że na tzw. drugim zdjęciu austriackim z lat (1861-64) omawiany szczyt ma nazwę „Liciwski Wrch”. Powstały zatem pytania, czy Makowerty i Liciwski Wrch to synonimy? Czy obie nazwy funkcjonowały przed wysiedleniami w Polanach Surowicznych? Odpowiedzi mogli udzielić tylko dawni mieszkańcy tej osady.

„Jest w Komańczy dom jasny malowany nadzieją
I koronką z drzewa ozdobiony
Szumem jodeł wiekowych i zapachem żywicznym
W każdej porze szczelnie otulony…”

(ks. Zbigniew Czuchra MS)

Klasztor s. Nazaretanek w Komańczy jest stałym punktem zwiedzania przybywających w dolinę rzeki Osławicy turystów. Nawet kilkaset grup turystycznych, a także osób indywidualnych odwiedza pięknie usytuowany na zboczu Birczy klasztor. To za sprawą internowania w tym miejscu w połowie lat pięćdziesiątych Prymasa Polski kard. Stefana Wyszyńskiego. W bieżącym roku 12 września w Warszawie miała miejsce beatyfikacja sługi Bożego kard. Stefana Wyszyńskiego.

Architektoniczny wizerunek klasztor zawdzięcza obywatelom miasta Rymanowa. Drewniany dom z murowanym parterem w stylu szwajcarskim został wzniesiony za przyczyną hr. Stanisława Potockiego i budowniczego inż. Józefa Nadziakiewicza. Zgodę na wybudowanie klasztoru wydał ówczesny biskup obrządku łacińskiego Anatol Nowak. 2 sierpnia 1926 roku poświęcono kamień węgielny pod budowę klasztoru na działce w Komańczy Letnisku, ofiarowanej przez właściciela dóbr hrabiego Stanisława Potockiego z Rymanowa. Budynek według projektu inż. Józefa Nadziakiewicza z Rymanowa został wybudowany w przeciągu dwóch lat. Obiekt w typie pensjonatu uzdrowiskowego miał służyć jako dom wypoczynkowy dla przysyłanych tu sióstr w celu podratowania zdrowia. W swoim stylu zupełnie nie przypomina klasztoru, to raczej zamożny dworek, z pięknymi drewnianymi abażurowymi balkonami i finezyjnym wykończeniem w stylu bawarsko-szwajcarskim.

Niewiele ponad 230 kilometrów od Rymanowa na wschód znajduje się niewielkie miasteczko Żółkiew. Osada lokowana została w 1596 r. i stanowiła własność hetmana polnego koronnego Stanisława Żółkiewskiego. Miasto zbudowane zostało od podstaw według projektu wybitnego architekta, ówczesnego mistrza cechu murarzy we Lwowie - Pawła Szczęśliwego. Obiekty wewnątrz miasta wzniesione zostały na planie pięcioboku, a całość otoczona została murami obronnymi z czterema głównymi bramami.

Jednakże czym byłoby miasto bez jego założyciela, osławionego hetmana Stanisława Żółkiewskiego? Trudno zliczyć wszystkie kampanie i bitwy, które stoczył ten Wielki Polak. Był pierwszym Europejczykiem, który zdobył Moskwę i jedynym, który okupował stolicę Rosji. Napisał na ten temat dzieło “Początek i progres wojny moskiewskiej”. Zginął śmiercią męczeńską 7 października 1620 r., we wsi Berezowka na terenie dzisiejszej Mołdawii, osłaniając odwrót wojsk koronnych spod Cecory. Na jego nagrobku znajdującym się w kolegiacie Najświętszej Marii Panny w Żółkwi wyryto łacińską sentencję: „Exoriare aliquis nostris ex ossibus ultor”, co w wolnym tłumaczeniu znaczy, że: „Powstanie kiedyś z kości naszych mściciel”. Jak się okazało, mściciel faktycznie powstał. Dziewięć lat po śmierci wielkiego hetmana, na świat przyszedł jego prawnuk Jan III Sobieski. Młody szlachcic wychowany został bardzo starannie, a kult słynnego przodka odgrywał decydująca rolę w jego formacji społeczno-politycznej. Kiedy Jan dosłużył się hetmańskiej buławy i królewskich zaszczytów, pomścił śmierć przodka - rozgromił pod Wiedniem turecką potęgę i stał się jednym z najwybitniejszych władców ówczesnej Europy.