- Szczegóły
- Odsłony: 1383
20 marca 2023 r. niemal niezauważenie minęła setna rocznica śmierci arcybiskupa metropolity lwowskiego św. Józefa Bilczewskiego. Człowieka, który według niektórych biografów, przerastał swoją epokę. Chociaż pochodził z Wilamowic na Śląsku, gdzie urodził się jako syn ubogiego cieśli, to niemalże całe swoje dojrzałe życie związał z Lwowem. Dzięki jego zaangażowaniu udało się zbudować w archidiecezji lwowskiej ponad 300 obiektów sakralnych, wśród których naczelne miejsce należy przyznać monumentalnemu kościołowi pw. św. Elżbiety we Lwowie. Był propagatorem idei, by naukę Kościoła łączyć z intensywną pracą społeczną mającą na celu poprawą sytuacji materialnej najuboższych warstw społecznych. Głęboko zaangażował się w apostolstwo wśród środowisk robotniczych, grup wykluczonych społecznie oraz tych najbiedniejszych. Z tej racji, że sam pochodził z rodziny robotniczo-chłopskiej, doskonale rozumiał bolączki trapiące ludzi ciężkiej pracy.
Jeden z wielu przykładów swojego heroizmu dał w trakcie I wojny światowej, kiedy w trakcie okupacji Lwowa, narażając się carskim władzom, pielgrzymował do wszystkich lwowskich kościołów. W trakcie wizytacji szczególną uwagę zwracał na ludzi biednych oraz cierpiących głód i inne choroby, którym z własnych środków zapewniał utrzymanie. Dzięki takiej postawie abp Bilczewski był niezwykle popularny wśród mieszkańców Lwowa, dla których stał się moralnym oparciem.
Również wydarzenia mające miejsce tuż po zakończeniu I wojny świtowej, czyli konflikt polsko-ukraiński z 1918 r., pokazały, jego wielką troskę o najuboższych. Stanął on na czele Komitetu Ratunkowego, którego działalność skupiała się na dostarczaniu żywności, wody i leków tym wszystkim, którzy ucierpieli na skutek działań frontowych.
Czytaj więcej: Z Kresów. Święty, który bywał w Klimkówce (cz. 1)
- Szczegóły
- Odsłony: 1347
Historia bohatera tego artykułu ciekawie wpisuje się w działalność Anny Potockiej na ziemi rymanowskiej. Andrzej Szajna, bo o nim będzie ta wypowiedź, urodził się 19 XI 1865r w Rymanowie, w rodzinie rzemieślniczej. Nie ma żadnych pisemnych przekazów na temat jego dzieciństwa i młodości, ale wg rodzinnej tradycji ustnej, wykazywał zdolności plastyczne. Istnieje wysokie prawdopodobieństwo, że Andrzej uczęszczał do szkółki rzeźbiarskiej hrabiny Anny. Również z przekazu ustnego wiemy, że kontynuował naukę w Budapeszcie i Wiedniu. Nie wiemy, czy była to indywidualna nauka u mistrzów, czy studia akademickie. W Rymanowie założył swoją pierwszą pracownię rzeźby, gdyż na wielu jego wyrobach istnieje sygnatura: „A. H. Szajna artysta rzeźbiarz Rymanów”. W 1900r. zawarł związek małżeński z Julią Chrząszcz z Wyszatyc. Rok później przyszła na świat ich pierwsza córka Irena, a w roku 1903 syn Tadeusz. Od 1905 roku był związany z Jasłem, gdzie zamieszkał przy ul. Kraszewskiego 11, w wybudowanym przez siebie domu. Tu przyszło na świat dwoje dzieci; Włodzimierz w 1906 i Stefania w 1908. Dom był wygodny, a od strony podwórza posiadał przestronną pracownię rzeźby, która istniała do 1921r. Warsztat działał prężnie. Miał bardzo dobrą opinię. Zatrudniał uczniów i współpracował z wieloma rzemieślnikami. Od roku 1905 wytwory artysty były sygnowane „Szajna Jasło”. Główne zamówienia, jakie realizowała jego pracownia, to były rzeźby sakralne. Profil twórczości komunikował znak na papierze firmowym pracowni tj. neogotycki ołtarz zwieńczony krzyżem. Andrzej Szajna był człowiekiem religijnym, wykazywał się znajomością dziejów biblijnych. Musiał być dobrym obserwatorem życia i ludzi, gdyż posiadał umiejętność oddawania nastrojów i emocji na twarzach swoich biblijnych postaci. Materiałem rzeźbiarskim pracowni Szajny było drewno lipowe i dębowe, mistrzowsko i szlachetnie wyprowadzane spod dłuta, tak, że poza złoceniami, nie potrzebowało polichromii.
- Szczegóły
- Odsłony: 1380
Święto, które celebrujemy 1 marca jest absolutnie wyjątkowe. Potocznie nazywamy je „Dniem Żołnierzy Wyklętych”, ale równie dobrze możemy je nazwać ostatnią wojną II Rzeczypospolitej, a nawet krzykiem rozpaczy młodego pokolenia, które wolało zginać, niż pozwolić uzurpatorskiej władzy komunistycznej objąć rządy w Polsce. Przez 45 lat komunizmu pamięć o bohaterach, którzy podjęli nierówną walkę z całą machiną wojenną sowieckiej Rosji była zafałszowywana, manipulowana i przekłamywana. Bohaterowie nazywani byli bandytami, a ci którzy swoje kariery zawdzięczali sowieckim bagnetom, wynoszeni byli na społeczny piedestał. Jak wynika z badań prowadzonych przez naukowców, w gminie Rymanów władze komunistyczne na przełomie lat 40/50. XX w. represjonowały ponad 60 osób, w tym nauczycieli związanych z lokalną szkołą, m.in. ks. Jana Zawrzyckiego i wychowawcę Kazimierza Kaczmarczyka. Osoby, które aktywnie nie tylko z bronią w ręku zaangażowały się w walkę z nową okupacją, skazywane były na wieloletnie więzienie, tortury i szykany. Młodzi rymanowianie po wojnie walczyli przeciw komunizmowi m.in. w szeregach II kompani batalionu NSZ „Zuch” mjr. Antoniego Żubryda dowodzonej przez urodzonego w Stryju, a w okresie wojny zamieszkałego we Wróbliku Szlacheckim Edmunda Sawczyna. Mundek w chwili objęcia komendy nad II kompanią miał zaledwie 23 lata, a średnia wieku jego podkomendnych ledwo przekraczała 20 wiosen. Ich determinacja, wola walki o prawdę, dobro i sprawiedliwość stała się fundamentem współczesnej Polski, który my jako społeczność rymanowskiego Zespołu Szkół pielęgnujemy. Edmund Sawczyn został zamordowany przez komunistów w Targowiskach 20 IX 1946, pamięć o nim i dziesiątkach tysięcy podobnych mu żołnierzy miała na zawsze zostać wymazana. Tak się jednak nie stało, gdyż póki my żyjemy, Oni żyją w nas!
- Szczegóły
- Odsłony: 1700
Jak napisałem w części poprzedniej, mieszkańcy opuścili Wólkę na przełomie maja i czerwca 1945 r., a po miesiącu zostali osadzeni w okolicy Bereżan i Podhajców w rejonie tarnopolskim na ówczesnej sowieckiej Ukrainie.
Jednak nie wszyscy wyjechali. W kilku domach pozostały starsze lub schorowane kobiety. Możliwe, że stan zdrowia niektórych z nich wykluczał jakąkolwiek podróż, albo planowano je ewakuować później, gdy do Wróblika zostanie podstawiony pociąg. Jedna z kobiet - Katarzyna Bencz - po wyruszeniu transportu w kierunku Bałucianki oznajmiła na Przymiarkach, że nigdzie nie pojedzie i wróciła do swojej chyży.
Tymczasem czas oczekiwania na transport na stacji kolejowej się wydłużał. Już po kilku dniach do przesiedleńców dotarły wiadomości, że Polacy z sąsiednich wsi zrywają w Wólce blachę z opuszczonych domów. Jak okazało się później, spełniły się też najgorsze przypuszczenia, dotyczące pozostałych tam osób. Według relacji A. Suchorskiego zastrzelone zostały kobiety: Katarzyna Bencz i Wawrynowicz (Ławrynowicz, przydomek Ksynka). Do tej ostatniej wrócił wnuk z Niemiec i zginął razem z babką. Potocką w porę zdążyła zabrać rodzina z Królika (Wołoskiego?). W dolnej Wólce pozostała matka Orysyków, którzy przed wojną pracowali z Polakami, oraz jakaś młodsza jej towarzyszka. To ona otrzymała informację od kogoś z Kopalni, aby uciekała z Wólki, bo „szykuje się akcja”. Ta kobieta ostatnią noc w rodzinnej wsi spędziła w leśnym jarze, a rano dotarła do Wróblika, skąd wyjechała na Śląsk. Ostatecznie dołączyła do swojej rodziny w Ukrainie. Matka Orysyków prawdopodobnie zginęła. Z przymusowych robót w Rzeszy wrócił Arsij Harahuz. Możliwe, że zamieszkał u narzeczonej w Klimkówce, z którą się później ożenił. Jednak niedługo po ślubie został zamordowany.
Czytaj więcej: Wólka. Historia dawnej wsi (część 6: po wysiedleniu)
- Szczegóły
- Odsłony: 1588
W rymanowskim uzdrowisku zachowało się kilka budynków wzniesionych w tzw. stylu szwajcarskim. Styl architektury regionalnej powstały na obszarze Szwajcarii, Niemiec i Austrii, nazywany też architekturą szwajcarsko-tyrolską, był popularny w polskich kurortach uzdrowiskowych w II poł. XIX w. Jego charakterystyczną cechą są drewniane wille i pensjonaty o konstrukcji zrębowej. Każdy budynek posiadał kamienną podmurówkę zbudowaną z łamanego kamienia. Na zewnątrz obiektu wznoszono tarasy, werandy i balkony. Schody, obramowania okien i drzwi zdobiono bogatą dekoracją snycerską. Były to przeważnie wycinane w drewnie roślinne lub geometryczne zdobienia. Willę szalowano z zewnątrz deską poziomo lub pionowo. W Polsce przykłady tej architektury możemy podziwiać m.in. w Nałęczowie, Iwoniczu-Zdroju, Krynicy-Zdroju, Kotlinie Jeleniogórskiej i Rymanowie-Zdroju.
Czytaj więcej: Styl szwajcarski w zabudowie willowej Rymanowa-Zdroju (część 1)
- Szczegóły
- Odsłony: 1409
"Chłopaki nie płaczą, tylko biorą się w garść..."
„Przestań płakać, nie bądź beksa”. Nierzadko słyszymy takie pocieszenia rodziców, którzy stoją nad płaczącym, małym chłopcem. Te sytuacje oraz inne stereotypy płciowe czy uwarunkowania kulturowe wpływają na to, że młodzi chłopcy czy dorośli mężczyźni trudniej dopuszczają do siebie myśl oraz przyznają się przed otoczeniem, że z czymś sobie nie radzą i potrzebują pomocy. Jest to dla nich źródłem wstydu i porażki. Wierzą, że muszą być „twardzi”, samodzielnie stawiać czoła codziennym problemom i rozwiązywać je.
Depresja jest chorobą tak samo jak np. cukrzyca i dotyka wszystkich ludzi niezależnie od pochodzenia, statusu materialnego, płci czy wieku: dzieci, młodzież, osoby dorosłe.
- Szczegóły
- Odsłony: 1380
Tym razem w naszych Kresowych podróżach przesuniemy się nieco na północ, konkretnie do wsi Mostowolany pod Białymstokiem. W owej miejscowości 2 lutego 1838 r. urodził się Konstanty Kalinowski. Chociaż z pochodzenia był polskim szlachcicem, zafascynował się ludnością białoruska i to jej poświęcał swoją działalność. Pod pseudonimem „Jaśko gospodarz” zaczął wydawać pierwsze białoruskie periodyki skierowane do chłopstwa i dostrzegając pewne odrębności pomiędzy mieszkańcami, wspierał tworzenie się narodu białoruskiego. Jako gorliwy patriota i orędownik unii polsko-litewskiej opowiadał się za powrotem do federacji Polski i Litwy z naciskiem na autonomię wszystkich narodów, zwłaszcza Białoruskiego. Po wybuchu powstania styczniowego natychmiast zaangażował się w pracę na rzecz odzyskania niepodległości, jednak podstępnie zdradzony wydany został w ręce Rosjan i 22 marca 1864 r. w Wilnie zamordowany. Pogrzebany w bezimiennej mogile, uleciał z ludzkiej pamięci na długie 152 lat. Podczas prac konserwatorskich prowadzonych w 2016 r. na Górze Zamkowej w Wilnie archeolodzy natrafili na niezidentyfikowane zwłoki, które okazały się być doczesnymi szczątkami Konstantego Kalinowskiego. Pogrzeb powstańca odbył się w 2019 r. i miał charakter państwowy. Uczestniczyli w nim prezydenci Polski i Litwy oraz przedstawiciele władz białoruskich. Uroczysta liturgia sprawowana w katedrze wileńskiej głoszona była w 3 językach: polskim, litewskim i białoruskim. Na trasie konduktu, prowadzącej od katedry na Starą Rossą ustawiły się tłumy ludzi, którzy trzymali w rękach historyczne flagami Rzeczpospolitej Obojga Narodów. Powstańczy pogrzeb, stał się wówczas okazją do zamanifestowania wierności wobec tradycji.
Czytaj więcej: Od powstania styczniowego do wojny na Ukrainie
- Szczegóły
- Odsłony: 1532
Czterech mieszkańców Wólki: Petriwski Oleksa, Odrechowski Pawło, Bencz Mychajło i Puchoński Iwan wzięło udział w wojnie obronnej Polski w 1939 r. Wszyscy wrócili po kampanii wrześniowej do rodzinnej wsi. W czasie okupacji wiele osób zostało wywiezionych na roboty do Niemiec. Nie wszyscy przeżyli. Przykładowo zmarł tam Orysik Onufry, syn Mychajła Orysyka, utalentowany rzeźbiarz zwierząt. Kilka osób po powrocie nie zastało już bliskich w Wólce, gdyż ci w 1945 r. zostali zmuszeni do wyjazdu do sowieckiej Ukrainy. Wywózki do Rzeszy uniknęła grupa młodych rzeźbiarzy, których Niemcy zatrudnili w specjalnie zorganizowanym zakładzie rzeźbiarskim w Rymanowie. Rusini nazywali go „artil”. Chłopcy, którzy tam pracowali, zaczęli kupować sobie bluzki z wyszywanymi ukraińskimi soroczkami, co nie podobało się ludności polskiej: „Te wyszywki - soroczki - pojawiły się za Niemców. Wcześniej [na bluzkach] były ornamenty roślinne” - zapamiętał A. Suchorski.
Zimą 1943 r. rozpoczęły się napady rabunkowe na Wólkę. Zdaniem mieszkańców tej wsi, dokonywały ich grupy uzbrojonych Polaków z Lubatowej, Iwonicza i Klimkówki, a po wyzwoleniu także przybyłych ze wschodu Kresowiaków. W czasie tych akacji „nikogo z naszych nie zamordowali, nie brali też ostatniej krowy” - mówił A. Suchorski. I dalej kontynuował: „Pierwsze rabunki nie były wielkie. W zimie przyszli do wsi z karabinami, wybrali gospodarza - za drugim razem był to Odrechiwski Petro - w stajni policzyli owce i musiał im oddać najlepsze za dzień, za dwa w lesie za Kopalnią. [...] Największy napad był latem 1944 r. Zabrali wtedy 27 sztuk bydła. Ludzie uciekli z domów. A Iwan Orysyk, który był leśniczym i pracował z Polakami, wiózł siano do domu. Sołtys go zobaczył i mu mówi, nie jedź do seła, bo tam pełno polskiej bandy. A on pojechał. Obstąpili go, pół fury siana zrzucili, ale wóz i konia zabrali. [...] W czasie frontu taty kolega z Klimkówki zaproponował, że weźmie mu krowę na przechowanie. Ta krowa została po mojej mamie. Ja protestowałem, ale tata z macochą nie posłuchali mnie. Jak on zabrał krowę, to już jej nie oddał. Powiedział, że przyszli do niego w nocy i ją zabrali. [...] Pojechaliśmy na Ukrainę bez krowy. Sześć osób i krowy nie było!”.
Czytaj więcej: Wólka. Historia dawnej wsi (część 5: okres wojny i wysiedleń)



