Góra Polańska to jedno z częściej odwiedzanych miejsc w okolicy Rymanowa. Jej nazwa, utrwalona dopiero po ostatniej wojnie, jest dosyć ogólna i w swoim znaczeniu mówi nam tylko, że wzniesienie to wyrasta na terenie Polan (Surowicznych). A jak nazywano ten szczyt w samych Polanach, gdy wieś ta jeszcze istniała?

Po raz pierwszy inne określenie tej góry usłyszałem jeszcze w szkole podstawowej. Wspólnie z kolegą Jasiem Tomkiewiczem, jako uczniowie VII klasy, wybieraliśmy się na Kanasiówkę i Pasikę w paśmie granicznym. Na przystanku autobusowym spotkaliśmy wówczas p. Eugeniusza Bilika z Posady Górnej, od którego usłyszeliśmy, że na starej mapie austriackiej Polańska jest opisana mianem „Makowerty”. Już wtedy ta „nowa” nazwa tytułowego wzniesienia wydała się nam wyjątkowa. Nie mieliśmy nic do pisania i podczas całej wędrówki z Moszczańca do Nowego Łupkowa powtarzaliśmy to słowo. Kilka lat później dotarłem do austriackich map specjalnych w skali 1 : 75 000 w Bibliotece Jagiellońskiej w Krakowie i na arkuszu „Lisko und Mezö-Laborc.” z 1908 r. zobaczyłem podpis „Makowerty”. Sytuacja stała się jeszcze ciekawsza, gdy się okazało, że na tzw. drugim zdjęciu austriackim z lat (1861-64) omawiany szczyt ma nazwę „Liciwski Wrch”. Powstały zatem pytania, czy Makowerty i Liciwski Wrch to synonimy? Czy obie nazwy funkcjonowały przed wysiedleniami w Polanach Surowicznych? Odpowiedzi mogli udzielić tylko dawni mieszkańcy tej osady.

„Jest w Komańczy dom jasny malowany nadzieją
I koronką z drzewa ozdobiony
Szumem jodeł wiekowych i zapachem żywicznym
W każdej porze szczelnie otulony…”

(ks. Zbigniew Czuchra MS)

Klasztor s. Nazaretanek w Komańczy jest stałym punktem zwiedzania przybywających w dolinę rzeki Osławicy turystów. Nawet kilkaset grup turystycznych, a także osób indywidualnych odwiedza pięknie usytuowany na zboczu Birczy klasztor. To za sprawą internowania w tym miejscu w połowie lat pięćdziesiątych Prymasa Polski kard. Stefana Wyszyńskiego. W bieżącym roku 12 września w Warszawie miała miejsce beatyfikacja sługi Bożego kard. Stefana Wyszyńskiego.

Architektoniczny wizerunek klasztor zawdzięcza obywatelom miasta Rymanowa. Drewniany dom z murowanym parterem w stylu szwajcarskim został wzniesiony za przyczyną hr. Stanisława Potockiego i budowniczego inż. Józefa Nadziakiewicza. Zgodę na wybudowanie klasztoru wydał ówczesny biskup obrządku łacińskiego Anatol Nowak. 2 sierpnia 1926 roku poświęcono kamień węgielny pod budowę klasztoru na działce w Komańczy Letnisku, ofiarowanej przez właściciela dóbr hrabiego Stanisława Potockiego z Rymanowa. Budynek według projektu inż. Józefa Nadziakiewicza z Rymanowa został wybudowany w przeciągu dwóch lat. Obiekt w typie pensjonatu uzdrowiskowego miał służyć jako dom wypoczynkowy dla przysyłanych tu sióstr w celu podratowania zdrowia. W swoim stylu zupełnie nie przypomina klasztoru, to raczej zamożny dworek, z pięknymi drewnianymi abażurowymi balkonami i finezyjnym wykończeniem w stylu bawarsko-szwajcarskim.

Niewiele ponad 230 kilometrów od Rymanowa na wschód znajduje się niewielkie miasteczko Żółkiew. Osada lokowana została w 1596 r. i stanowiła własność hetmana polnego koronnego Stanisława Żółkiewskiego. Miasto zbudowane zostało od podstaw według projektu wybitnego architekta, ówczesnego mistrza cechu murarzy we Lwowie - Pawła Szczęśliwego. Obiekty wewnątrz miasta wzniesione zostały na planie pięcioboku, a całość otoczona została murami obronnymi z czterema głównymi bramami.

Jednakże czym byłoby miasto bez jego założyciela, osławionego hetmana Stanisława Żółkiewskiego? Trudno zliczyć wszystkie kampanie i bitwy, które stoczył ten Wielki Polak. Był pierwszym Europejczykiem, który zdobył Moskwę i jedynym, który okupował stolicę Rosji. Napisał na ten temat dzieło “Początek i progres wojny moskiewskiej”. Zginął śmiercią męczeńską 7 października 1620 r., we wsi Berezowka na terenie dzisiejszej Mołdawii, osłaniając odwrót wojsk koronnych spod Cecory. Na jego nagrobku znajdującym się w kolegiacie Najświętszej Marii Panny w Żółkwi wyryto łacińską sentencję: „Exoriare aliquis nostris ex ossibus ultor”, co w wolnym tłumaczeniu znaczy, że: „Powstanie kiedyś z kości naszych mściciel”. Jak się okazało, mściciel faktycznie powstał. Dziewięć lat po śmierci wielkiego hetmana, na świat przyszedł jego prawnuk Jan III Sobieski. Młody szlachcic wychowany został bardzo starannie, a kult słynnego przodka odgrywał decydująca rolę w jego formacji społeczno-politycznej. Kiedy Jan dosłużył się hetmańskiej buławy i królewskich zaszczytów, pomścił śmierć przodka - rozgromił pod Wiedniem turecką potęgę i stał się jednym z najwybitniejszych władców ówczesnej Europy.

Równe 40 lat temu, kiedy kończył się okres komunistycznego ustroju a ruch solidarnościowy przejmował władzę, stało się możliwe uzyskanie pozwolenia na budowę obiektów sakralnych. Ówczesny ks. proboszcz Franciszek Mróz zainicjował budowę kościółka na szczycie Kalwarii w miejsce dawnego, który w czasie wojny został doszczętnie zniszczony (jego fundatorką, jak i całej Drogi Krzyżowej, była hr. Anna Potocka).

Nowy kościółek został wybudowany w roku 1981 kierownikiem budowy był Jan Bolanowski. Po pewnym czasie ściany kościółka obłożono sidingiem. Jak się okazało, była to zła decyzja; silne wiatry zrywały siding, pojawiły się zacieki, a listwy zostały zniszczone przez kornika i zgniły. Stowarzyszenie „Nasz Rymanów” od pewnego czasu odnawia kalwaryjską Drogę Krzyżową. Postanowiono również przeprowadzić remont kościółka, zwłaszcza. Nowa elewacja zabezpieczy przed wiatrem i deszczem na wiele lat.

Podziękowania za rzetelne i sumienne wykonanie pracy należą się Panom Michałowi Ziębie, Stanisławowi Czerńcowi i Januszowi Gackowi. Stowarzyszenie składa również wyrazy wdzięczności firmie „Bogmar” i Państwu Skolarczykom za udostepnienie potrzebnych materiałów budowlanych, a także Zakładowi Gospodarki Komunalnej w Rymanowie za życzliwość i pomoc. Serdeczne podziękowania DARCZYŃCOM. Zasługą wielkiej hojności jest to, że kościółek został dobrze zabezpieczony i ładnie wygląda.

Wszystkim Darczyńcom – serdeczne Bóg zapłać!

Cz. Szajna

Jan Sas Zubrzycki /1860 – 1935/, architekt urodzony w Tłustem na Podolu, uczeń Juliana Zachariewicza, profesor Politechniki Lwowskiej, pierwszy w niepodległej Polsce dziekan Wydziału Architektury tej uczelni. Twórca architektury kilkudziesięciu kościołów na obszarze dawnej Galicji Zachodniej i Wschodniej oraz ziemi kieleckiej. Profesor Jan Sas Zubrzycki w swoim dorobku ma ponad 150 dzieł architektonicznych, wśród nich kamienice, wille, ratusze, sądy, gmachy użyteczności publicznej, szkoły, cerkwie, synagogi, kościoły, kaplice, pomniki. Napisał kilkadziesiąt książek i artykułów o historii architektury i sztuki. Jego wybitną twórczość nagrodzono w 1929 roku Krzyżem Komandorskim Orderu Odrodzenia Polski.

Wielokulturowość rodzinnego miasteczka artysty we wschodniej Galicji oraz skromne życie odcisnęły trwałe piętno na dorobku przyszłego architekta. Wartości wyniesione z domu rodzinnego towarzyszyły mu do końca życia. Z jednej strony była to głęboka religijność, a z drugiej kultywowana w rodzinie romantyczna tradycja walk niepodległościowych. Romantyczna w swojej genezie jest także praktykowana przez całe życie postawa samodzielnego i nieustępliwego promotora walki o wzniosłe idee, prawdę, niezależność i polskość, a także wolność twórczą. Tęsknocie za krajem dzieciństwa dał wyraz w wydanym w 1930 roku pamiętniku pod znamiennym tytułem „Różaniec wspomnień rodzinnych”. Ta literacka „modlitwa” przywołująca obraz beztroskiego dzieciństwa pełnego świąt, karnawałów, odpustów, sąsiedzkich odwiedzin w drewnianych dworach, wesel z narodowymi tańcami i kolorowymi strojami, dobrze tłumaczy jego postawę życiową i przekonanie o konieczności walki o zachowanie tradycji, tożsamości narodowej. Czas dzieciństwa skończył się w roku 1871 wyjazdem do szkół, najpierw do powiatowego Śniatynia, później do Szkoły Realnej w Stanisławowie, którą ukończył w 1878 roku.

W ostatniej części opisu nieistniejącej wsi Zawoje w dolinie Wisłoka zapraszam do poznania ogólnego rozlokowania dawnej zabudowy, po której ślady zachowały się do dzisiaj. W odtwarzaniu tego elementu historii nieoceniona jest przedwojenna mapa Wojskowego Instytutu Geograficznego w Warszawie w skali 1: 100 000. Już pobieżny rzut oka na to opracowanie kartograficzne pozwoli nam się zorientować, jak wyglądała sieć osadnicza, dawny układ dróg i ówczesny zasięg lasu.

Mapa ta mówi nam, że Zawoje w 1938 r. liczyły 44 zagrody. Gospodarstwa skupione były na prawym zboczu doliny lewego dopływu Wisłoka, a tzw. Dolny Koniec znajdował się nad samą rzeką. Zapewne wieś swoim krajobrazem nie odbiegała od osad sąsiednich, ale miejscowy nauczyciel, Tadeusz Pajowski, w 1938 r. zanotował, że był wtedy tutaj zamieszkany budynek, który liczył sobie około 150 lat. Od innych wyróżniał się tym, że wszystkie belki jego ścian ciosane były toporem, nawet w przekroju poprzecznym, i łączone ze sobą za pomocą drewnianych kołków.

Prawdopodobnie w pierwszej połowie lat trzydziestych XX wieku mieszkańcy wsi własnym kosztem zbudowali szkołę. Niestety, nie wiemy, w którym miejscu. Szczegółowa analiza wspomnianej mapy WIG wskazuje, że mógł to być obiekt położony przy drodze do Tarnawki, odsunięty na północ od zwartej zabudowy wiejskiej. Nie ma go na starszych mapach austriackich. Z listu do redakcji czasopisma „Nasz Łemko” ze stycznia 1934 r., podpisanego „Zawijczany”, dowiadujemy się, że mieszkańcy poszukiwali w tamtym czasie nauczyciela: „Pobudowaliśmy sami za swoje pieniądze szkołę i nasi krewni przysłali nam nieco pieniędzy z Ameryki, to daliśmy przykryć szkołę blachą. Teraz chodzimy i prosimy, niech by nam dali jakiegoś nauczyciela, a oni [urzędnicy] ani w głowie nie mają, że nasze dzieci bez nauki dorastają. Od nas dużo narodu w Ameryce i Francji, to piszą, że bardzo źle bez pisma żyć na świecie. Dajcie nam jaką radę, przyślijcie jakiegoś pana, niechby nas i naszą dzieciarnię prowadził. [...] A my by pomogli mu biedować razem z nami”. Prawdopodobnie wymieniony T. Pajowski był tym pierwszym nauczycielem skierowanym do Zawoi.

Życie ludności Galicji przełomu XIX i XX w. tętniło na targach i jarmarkach. Na placach targowych spotykali się przedstawiciele wszystkich nacji tworzących kulturowy tygiel Karpat. Wytwarzane różnego rodzaju towary galicyjscy rolnicy i rzemieślnicy zwozili na place targowe i rynki miejskie celem ich spieniężenia. Dzięki handlowi życie tutejszej ludności stawało się po prostu lepszym, obfitszym, bardziej dostatnim i coraz bardziej nowoczesnym. Powozami konnymi przyjeżdżali tu polscy ziemianie, boso przychodzili chłopi, a także Rusini różnych grup etnicznych: Łemkowie, Bojkowie, Huculi.

Taborami zjeżdżali Cyganie handlujący końmi, parający się kotlarstwem i muzykowaniem.  Byli tu także, a może przede wszystkim, Żydzi. Zanim miasteczko wstało z nocnego snu, żydowscy kupcy byli już na rynku. To właśnie Żydzi na przestrzeni wieków wytworzyli specyficzną kulturę, która kazała im mieszkać blisko rynku. Jeśli tylko mieli taką możliwość, budowali lub kupowali domy przy głównym placu miasteczka. Domy te pełniły dwojaką rolę: domów mieszkalnych i domów handlowych, towarowych. Ideałem antropologicznym tego ludu był „homo faber” - człowiek zręczny, pracowity, wytwórca, majster, a więc mistrz rzemiosła i handlu - pisze w swojej książce „Żydowska szkoła finansów” dr Leszek Niemczyk.

Handlowe życie tętniło też na rymanowskim rynku. Muzeum Budownictwa Ludowego w Sanoku od wielu lat prowadzi badania etnograficzne oparte na wywiadach terenowych, które uzupełnione o badania archiwalne, dały możliwość rekonstrukcji zabudowy i życia społecznego miasteczka galicyjskiego z przełomu XIX i XX wieku. Muzeum dysponuje również dokumentami opisującymi organizację przestrzeni miejskiej Rymanowa. Możemy zatem spojrzeć na rymanowski rynek z okresu dwudziestolecia międzywojennego. Na podstawie zgromadzonych dokumentów i przy odrobinie wyobraźni potrafimy odtworzyć dzień targowy na rymanowskim rynku.

Kult relikwii stanowi jeden z głównych przejawów pobożności chrześcijańskiej. Prawdziwy kult świętych nie tylko nie przeciwstawia się oddawaniu czci jedynemu Bogu, ale ma doprowadzić człowieka do jeszcze większego uwielbienia Stwórcy, który dopuszcza niedoskonałe stworzenia do udziału w swojej świętości. Jest to niewątpliwie integralna część wspólnoty wierzących w kościele.

Pierwsze czci oddawane przez chrześcijan świętym odnajdujemy w starożytnych kryptach. Czasem szczególnego rozkwitu kultu świętych była epoka prześladowań. W pierwszych wiekach chrześcijaństwa, to właśnie męczennicy doznawali szczególnej czci. Takim przykładem do dzisiaj jest np. kult świętego Szczepana czy Wawrzyńca. Prawdziwy kult świętych jest niczym innym jak po prostu kultem Jedynego Boga, uwielbieniem jego Osoby w dziejach, które uczynił w swoich świętych. Jest także dziękczynieniem Bogu za to że pozwala grzesznym ludziom mieć udział w swojej świętości, że pośród grzechu doprowadza swoich wybranych do chwały nieba. Tajemnica świętych obcowania zakłada, że święci interesują się sprawami swych braci i sióstr żyjących na ziemi i orędują za nimi u Boga. Święci mają udział w szczęściu Boga, jak również mają udział w jego miłości do każdego człowieka a wstawiennictwo jest konkretną formą miłości. Święci są nie tylko orędownikami, stanowią szczególny przykład realizacji powołania. Kult świętych zawiera pragnienie ich naśladowania. Święci byli ludźmi podobnymi do każdego z nas. Święci dają wierzącym do zrozumienia, że we wszystkich okolicznościach życia, pomimo wszelkich słabości człowiek może otrzymać Bożą łaskę. Obok modlitw skierowanych do świętych, a właściwie, przez ich pośrednictwo zanoszonych do Boga, kościół oddaje cześć świętym poprzez pieśni, obrazy oraz kult relikwii. Pomaga to wiernym nawiązać kontakt ze świętymi przez zaangażowanie zmysłów człowieka. Modląc się przed materialnym przedstawieniem świętego, łatwiej jest człowiekowi stanąć w jego niematerialnej obecności, a mając dostęp do rzeczy pozostałych po świętych, łatwiej odczuć więź, która łączy nas z nimi.